Tak, znowu poleciałam gdzieś na koniec świata, aby zwyczajnie pobiegać. Tym razem jednak było nieco inaczej, bo gdy dałam się namówić wcale nie musiałam przeliczać dystansu z mil na kilometry. A w ramach wydłużania dystansu od maratonu, przez pięćdziesiątkę z nawigacja własną, przyszła kolej na kolejne wyzwanie, takie z górnej półki. Pierwsze 60 kilometrów padło na bieg The Fox Ultra 🙂

Skoro z definicji każdy weekend zaczyna się w piątek, tak samo ja zaczęłam swoją ultra przygodę w przedostatni piątek kwietnia od porannego lądowania na lotnisku w Londynie. Potem autobusem do centrum, gdzie na samym środku Baker Street zaraz przy domu Sherlocka spotkałam się z Katarzyną, tą która mnie namówiła. I co? I zamiast wracać do domu i odpoczywać przed sobotą, my poszłyśmy trochę pozwiedzać miasto. Nie mogłam przepuścić takiej okazji, aby pochodzić ulicami Londynu z osobistym przewodnikiem obok, dziękuję 🙂

Wieczorem już makaron na kolacje oraz odpoczynek. Wstępne kalkulacje ile mamy limitu czasu, aby dotrzeć do mety, przygotowanie plecaka z wodą, żelami i przekąskami. Sobotni dzień zapowiadał się jako naprawdę dłuuuuugi…

Mój budzik zadzwonił o 4:29. Potem przedstartowe rytuały i śniadanie mocy, czyli kawa i ryżowe wafle z masłem orzechowym i dżemem, zawsze najlepiej 🙂 W biurze zawodów musiałyśmy być dość wcześnie, aby pomóc przy rejestracji. To takie jeszcze jedno wyzwanie. Ale ponieważ bieg ten mogę zaliczyć do wydarzeń mniejszych i bardziej kameralnych, to wcale nie było tak źle. Na cały ultra dystans startujący z Godalming zdecydowało się około 200 biegaczy, więc szybko i sprawnie, jeszcze przed 7 rano, wszyscy zostali ponumerowani i oczipowani (mam nadzieje, że wszystko się zgadzało). Została wspólna odprawa i całą naszą czteroosobową ultra drużyną ruszymy na trasę 🙂

Start punktualnie o 7 rano. Wraz z innymi pobiegliśmy w nieśmiało wschodzącym, jeszcze chłodnym słońcu. Początek trasy wzdłuż rzeki, a poranna mgła dodawała magii do całego krajobrazu. Cały czas na spokojnie i przed siebie. Przed nami było 60 kilometrów zwiedzania okolicy. Czy można lepiej zaplanować wolną sobotę? Im bardziej w las tym zwarta grupa biegaczy coraz bardziej się rozciągała, gdy każdy pokonywał kolejne podbiegi w swoim tempie. W lesie jeszcze piękniej… kwitnący czosnek niedźwiedzi, całe dywany „bluebells”, dodatkowa porcja barw i zapachów. Po prostu cudownie ❤

W głowie zrobiło się bardziej przyjemnie gdy dotarliśmy do Shere, bo te okolice pamiętałam z mojej lutowej wizyty tutaj. Z tą różnicą, że wtedy dojechaliśmy tutaj autem, a dziś dobiegliśmy. To bardzo ładne miasteczko i słyszałam, że to tutaj kręcili film „Holiday”. Znacie? Z Shere pobiegliśmy dalej, bo przed nami był jeszcze kawał drogi.

Sześćdziesiąt kilometrów to naprawdę dużo. I chyba każdy stosuję ten trik, aby długie dystanse podzielić na krótsze fragmenty. Głowa (przynajmniej moja) dużo łatwiej pokonuję takie odcinki „z punktu do punktu”, a dopóki biegnie głowa, to nogi też się nie poddadzą 🙂 Punktami odniesienia były punkty odżywcze zapewnione na trasie przez organizatora, tych było 5, co 10 kilometrów, tak w przybliżeniu, bo między trzecim a czwartym dłużyło nam się naprawdę bardzo… Na każdym z punktów zawsze smacznie i miło, aż żal było biec dalej. No i sami musicie spróbować smaku coli mając w nogach kilkadziesiąt kilometrów 🙂

Im dłużej byliśmy na trasie, tym słońce stawało się coraz bardziej gorące i naprawdę nie ułatwiało nam zadania. Tym bardziej gdy droga nie prowadziła lasem, a całkowicie otwartą przestrzenią przez łąki lub wzdłuż rzeki. My jednak cały czas z uśmiechem, nawet nie myśleliśmy o tym aby się poddać. Czasem po prostu zwalnialiśmy tempo, lub robiliśmy jakiś krótki przystanek i po chwili znowu biegliśmy przed siebie.

Do trzydziestego kilometra było jeszcze całkiem fajnie, do dystansu maratonu już nieco mniej, ale te dodatkowe 20 kilometrów potem, to już ciężka praca i duże zmęczenie. Na szczęście na niebie pojawiło się nieco więcej chmur, które trochę przesłoniły to palące wcześniej słońce. A w dodatkowym cieniu drzew można było złapać jeszcze trochę oddechu. Z osobistych odczuć mogę napisać, że w Anglii biega się trochę inaczej niż w Polsce. Powietrze jest dużo bardziej wilgotne, dlatego również to ciepło odczuwa się inaczej, a to był naprawdę gorący weekend…

Sama trasa to 62 kilometry dookoła Guildford, prowadzi oznaczoną Drogą Lisa (The Fox Way). Okolice piękne i malownicze, małe miasteczka, łąki lasy, nawet przez stary cmentarz przy kaplicy. Błota też nie było specjalnie dużo. Czasami musieliśmy biec wzdłuż szosy, uważając na samochody, bo trasa nie była specjalnie zamykana, ale w niczym to nie przeszkadzało. Chociaż moja głowa nie do końca mogła zaakceptować bieganie i jeżdżenie po innej stronie ulicy niż „normalnie” 🙂

Końcówkę biegliśmy już ostatkiem sił. Znaczy Katarzyna wyrwała do przodu, bo usłyszała dzwony kościoła, a my człapaliśmy gdzieś z tyłu. Ale faktycznie, te dzwony dało się słyszeć coraz głośniej, byliśmy prawie w Godalming. Jeszcze tylko przez park i jesteśmy na mecie. I to niezwykłe uczucie, że mimo ogromnego zmęczenia przed metą zawsze udaję się jeszcze przyśpieszyć. Ufff… Od startu minęło 8 godzin i 56 minut, a my w końcu mamy swoje medale na szyjach. I w pełni zadowoleni idziemy świętować, na piwo i frytki, te najlepsze w G., o których słyszałam już wiele razy 🙂

20180421_101038
Nasz ultra Dream Team – K & G & J & K

To była fantastycznie spędzona sobota, razem z całą naszą ultra drużyną. Dziękuję za towarzystwo i wsparcie na trasie! Nie wiem czy samotnie dobiegłabym do mety ❤ 🙂 ❤

Myślicie, że da się pobiec jeszcze dłużej i jeszcze dalej? Spróbujmy…

Reklamy