Chyba każdy słyszał o Biegu Rzeźnika. Kultowej ultra wyrypie na 80 kilometrów gdzieś w Bieszczadach. Ta z roku na rok staje się coraz bardziej popularna i rozrasta się do kilkudniowego festiwalu z możliwością wyboru biegów na różnych dystansach. To jednak przysłowiowy „klasyk” wzbudza najwięcej emocji i ściąga do siebie 2 razy więcej chętnych niż miejsc z możliwością startu. Ten jest również wyjątkowy ze względu na swoja formułę, która polega na pokonaniu całego dystansu w dwuosobowej drużynie.

IMG_20180601_134011.jpg
Gdzieś na trasie XV Biegu Rzeźnika

A sam Bieg Rzeźnika nie jest tylko kilkunastoma godzinami od startu do mety. To również całe miesiące przygotowań. Zaczyna się od zwyczajnego pomysłu: „pobiegnij ze mną Rzeźnika!” Tak, podobno tym razem to był mój pomysł. „Zapiszmy się, a najwyżej będziemy się martwić gdy nas wylosują.” I stało się. Jesienią trafiłyśmy z Katarzyną na listę startową, mimo tego że do tej pory nie przebiegłyśmy ze sobą ani jednego kilometra 🙂

Dlatego od tamtej pory wiele z naszych startowych planów było podporządkowane pod największe wyzwanie w Bieszczadach. Zaczęłyśmy od wspólnych maratonów jeden po asfalcie, jeden górski i zimowy w bardziej wymagającym terenie. Potem poleciałam na angielskie 50 kilometrów z nawigacją własną, a ostatnim sprawdzianem było kwietniowe ultra Drogą Lisa. I mimo tego, że do Cisnej jechałyśmy z pewnymi obawami, to wiedziałyśmy, że będziemy walczyć do końca, bo obie jesteśmy uparte, ze hej!!

Im bliżej długiego weekendu na przełomie maja i czerwca, tym bardziej nasze rozmowy i wiadomości dominował temat Rzeźnika: co wziąć ze sobą na trasę, co jeść, co pić. Już nie mogłam się doczekać przygody, która czeka gdzieś na końcu świata ❤ (bo z Wrocławia w Bieszczady jest niezły kawałek drogi). I stało się wylądowałyśmy w Bieszczadach mając jeszcze jeden dzień przed startem na szybką regeneracje po podróży i częściowe zwiedzenie okolicy. Bieszczady nas zachwyciły i bardzo zaskoczyły, o czym pewnie jeszcze w dalszej części relacji 🙂

Zanim pojechałyśmy do Cisnej aby odebrać pakiety startowe, przygotowałyśmy rzeczy do przepaków. Obie miałyśmy pobiec tak długo i daleko po raz pierwszy, dlatego wiele z przygotowań było „na czuja” i tyle ile wiedziałyśmy od innych. Do przepaków wrzuciłyśmy krem z filtrem, zapasowe żele, po butelce słodkiego napoju, skarpetki na zmianę – te wcale nie okazały się potrzebne. Wiedziałyśmy, ze na trasie spędzimy ładnych kilkanaście godzin, dlatego zrobiłyśmy też coś konkretnego do zjedzenia. I wcale nie były to kanapki, a za pomysłem Katarzyny przygotowałyśmy „wrapy”: jedne na słodko i jedne na słono, te były wyśmienite!! Wieczorem zaliczyłyśmy jeszcze odprawę, na której słyszałyśmy o czekającym nas deszczu i burzach. Miałyśmy też okazję do spotkania znajomych 🙂

Wieczorem wróciłyśmy jeszcze do siebie na gorącą herbatę i ostatnie przygotowania przed startem. Drzemka była raczej krótka, bo jak spać spokojnie kiedy ma się świadomość, że startujesz w środku nocy… Chwilę po godzinie 1 w nocy byłyśmy już w Cisnej w autobusie, który miał nas zawieźć na miejsce startu do Komańczy. I mimo tego, że wszyscy biegacze jakby zaspani, to jednak uśmiech i dobry humor dopisywał.

START. W Dzień Dziecka, równo o 3 w nocy, jeszcze przed wschodem słońca. Ciemno, dlatego wszyscy z czołówkami, my biegłyśmy gdzieś z tyłu, więc smuga światła roztaczająca się przed nami robiła wrażenie. Początek był bardzo fajny i przyjemny. Biegło się w większym tłumie, ale często w grupie siła. Było chłodno, szlak prowadził przez las, jakiś lekki podbieg, potem zbieg, przeskakiwanie przez strumyki. Cała zabawa zaczęła się później. Coraz bardziej strome i coraz dłuższe podejścia wysysały całą energie. Na lżejszych zbiegach i wypłaszczeniach trochę truchtałyśmy, cały czas przed siebie. Ciągle starając się rozsądnie dysponując energią, bo pierwszy punkt z wodą miał być dopiero w Cisnej, po 32 kilometrach trasy…

I właśnie te pierwsze 30 kilometrów było najcięższe z całego dystansu. Tym bardziej, że w okolicach 12 kilometra wykręciłam na kamieniu nogę. Musiałyśmy na chwile stanąć. Chyba było więcej strachu i obaw niż to warte, jednak trochę podłamana pobiegłam dalej dużo bardziej ostrożnie i zachowawczo…

Do pierwszego punktu kontrolnego na Przełęczy Żebrak dotarłyśmy w czasie 2 h 42 min (16,7 km). Miałyśmy pół godziny w zapasie do limitu czasu. Tam niektórych zaskoczył brak wody, ale faktycznie było o tym i w regulaminie i na odprawie. Pobiegłyśmy dalej i znowu było pod górę. I naprawdę mogę to powtórzyć jeszcze raz, że był to najtrudniejszy i najcięższy fragment trasy. Tak bardzo chciałyśmy już dobiec do Cisnej. Bo sami wiecie, że gdy głowa odpuszcza, to nogi już też nie chcą współpracować. Tam chciałyśmy zdecydować co dalej…

Na drugi punkt kontrolny z przepakiem właśnie w Cisnej dobiegłyśmy w czasie 5 h 27 min (32,1 km). Do limitu w zapasie miałyśmy 45 minut. Jednak na punkcie spędziłyśmy trochę czasu, łapiąc głęboki oddech, pijąc i jedząc. Do bidonów nalałyśmy wody, a do dodatkowej butelki coli, która wzięłyśmy ze sobą na trasę. Zdecydowałyśmy, że dopóki mamy czas to powalczymy o najlepszy dystans. Wybiegłyśmy z punktu po niecałych 20 minutach i znowu zaczęłyśmy żmudną wspinaczkę na kolejny szczyt. Biegłyśmy bez kijów, dlatego krok za krokiem pokonywałyśmy kolejne metry w górę. Obok nas ciągle inni biegacze, którzy mimo ciągłej walki uśmiechnięci, my już w sumie też 🙂

Tam gdzie się udawało trochę podbiegałyśmy, podziwiałyśmy widoki, robiłyśmy zdjęcia. Na trasie często mijałyśmy się z tymi samymi parami. Zawsze można było coś zagadać, zażartować i motywacja ciągle tliła się gdzieś w środku. Pamiętacie jak wspominałam o patencie na długie dystanse? Aby podzielić go na mniejsze odcinki i biec od punktu do punktu? Tylko jak biec gdy kolejne punkty oddalone są od siebie o kilkanaście kilometrów, a te w takich warunkach dłużą się jeszcze bardziej…

btf
Chłopaki cały czas nas gonili, a my ich 🙂

Ale byłyśmy już coraz bliżej trzeciego punktu kontrolnego w Smereku. Tam zameldowałyśmy się z czasem 9 h 16 min (49 km). Limit czasu wynosił 10 godzin. Wzięłyśmy rzeczy z przepaka i od znajomych usłyszałyśmy mało budujące zdanie: „wody zabrakło, nawet nie szukajcie!” Ale jak to… nasza woda w bidonach też już się skończyła, a w przepaku miałyśmy tylko pół litra pomarańczowego napoju. To trochę mało jak na kolejne kilkanaście kilometrów, tym bardziej, że był już środek dnia i robiło się coraz bardziej gorąco. Siadłyśmy na trawie, tracąc wszelką nadzieje i nagle pojawiała się woda! Więc szybko, szybko napełniamy bidony, do butelek lejemy cole i z punktu wybiegamy na trasę po 13 minutach.

Do kolejnego punktu czekał nas najdłuższy fragment trasy, a zaczął się od solidnego podejścia cały czas w górę. I nawet jak już myślisz, że zaczyna się wypłaszczać, to pojawia się zakręt, a za nim znowu w górę i nie jesteś w stanie zlokalizować szczytu, na który zmierzasz. Właśnie tym zaskoczyły mnie Bieszczady, tymi ostrymi podejściami i stromymi zbiegami, z których zbiegać się nie dało… To pewnie organizator tak ustalił trasę, aby dużo bardziej uprzyjemnić nam zabawę. Jednak zaraz potem Bieszczady zachwycały ścieżkami pośród zieleni, na których co jakiś czas było widać rozsianych kolorowych biegaczy.

Z zapowiadanego deszczu na razie nic nie wyszło. Pod nogami ciągle się kurzyło, a na otwartych przestrzeniach wśród bujnej roślinności, aż czuło się gorące podmuchy. Jednak gdy słońce chowało się za chmurami lub my chowałyśmy się w lesie było całkiem przyjemnie. Na profilu trasy, który miałyśmy nadrukowany na numerze startowym odhaczałyśmy „grzebyki” kolejnych szczytów, które miałyśmy zaliczyć. I gdy już się wydawało, że ten miał być ostatni przed dłuższym zbiegiem, to okazywało się inaczej. W głowie analizowałyśmy ile mamy czasu i ile jeszcze do kolejnego punktu. Już tak bardzo chciałyśmy, aby ten pojawił się za kolejnym zakrętem, jednak spotkani kibice, często ucinali nadzieje mówiąc, że „jeszcze 4 kilometry”. Im bliżej punktu tym kibiców było coraz więcej, z jednej strony swoim dopingiem dodawali energii, a z drugiej trochę podcinali skrzydła krzycząc, ze musimy się pośpieszyć, bo na punkcie wszystko się kończy…

Roztoki Górne. Czwarty punkt kontrolny. Od startu minęło 13 h 39 min (66 km). Dotarłyśmy rzutem na taśmę, w ostatniej chwili. Woda była, zabrakło słodkiej coli. Szybko napełniamy bidony, siadamy na chwile na trawie, gdy słyszymy: „5 minut do zamknięcia punktu”. Właśnie tyle zostało nam w zapasie do końca limitu czasu 🙂

A my co robimy? Wybiegamy na „ostatnią prostą” przed metą. Mamy nieco ponad 2 godziny by dotrzeć do końca, przecież nie odpuścimy na samej końcówce. Więc zaczynamy zabawę od początku, znowu ostro i stromo pod górę. A na trasie obok nas jeszcze całkiem sporo rzeźnickich par. Chwilowe przystanki robimy coraz częściej, mięśnie w nogach przypominają o zmęczeniu, dodatkowo czuje dyskomfort z każdym uderzeniem stóp o podłożę… Przed ostatnim podejściem zamoczyłyśmy nogi w zimnym strumieniu i poszłyśmy dalej w przemoczonych butach. Obniżenie temperatury na pewien czas jakby znieczuliło odczucie bólu. Kolejne kilometry jednak dłużyły się coraz bardziej.

Wiedziałyśmy już, ze do mety nie uda nam się dotrzeć w limicie czasu na godzinę 19. Jednak co mogłyśmy zrobić innego będąc w środku lasu i tak musiałyśmy trafić do Cisnej, chociaż aby odebrać rzeczy z depozytu 🙂 Gdy końcówka prowadziła lasem, z minuty na minutę robiło się coraz bardziej ciemno, a nasze czołówki zostawiłyśmy na przepaku w Cisnej (około 50 kilometrów wcześniej), myśląc, ze już nie będą nam potrzebne. Starałyśmy się jeszcze trochę truchtać byle szybciej dotrzeć do celu.

Zostało jeszcze pokonanie kilku stopni, przejście przez mostek, kawałek przez łąkę i truchtając z uśmiechem na twarzy dobiegamy do końca. META. 17 godzin 21 minut 47 sekund!! Limit trochę naciągnęłyśmy, ale dostałyśmy swoje medale i zrobiłyśmy to, przebiegłyśmy Rzeźnika!! 82 kilometry! Trochę nie-do-wiary, zmęczenie miesza się z euforią, emocję sięgają nieba ❤

IMG_20180602_075650_747.jpg
#Katarzyny

To była najwspanialsza biegowa przygoda, w najlepszym biegowym towarzystwie. Dziękuję, w pojedynkę nie dałabym rady ❤ ale dziękujemy też wszystkim, których miałyśmy okazje poznać na trasie, oraz wszystkim, którzy śledzili bieg w internecie i trzymali kciuki gdzieś na drugim końcu Polski. Nasze strefy kibica miałyśmy i w górach i na Mazurach 🙂

Katarzyna

ps. wiecie co powiedziałam w autobusie jadąc na start do Komańczy? „Boje się, że jak mi się spodoba, to za rok też się będę chciała zapisać…” jednak gdy emocje już opadły, a nogi trochę doszły do siebie, na razie nie planuje wyjazdu w Bieszczady, ale może przejdę jeszcze raz dookoła Kotliny 🙂

Reklamy