Ultra po raz piąty! I pomyśleć, ze rok temu debiutowałam na tak długim dystansie startując właśnie z Polany Jakuszyckiej. Mimo wszystkich obaw i wątpliwości, które towarzyszyły mi wtedy i dziś, nie mogłam sobie odmówić startu w miejscu mojego ultra-debiutu. A poza tym okolice Kotliny Jeleniogórskiej, to właśnie moje miejsce na Ziemi, więc czy można znaleźć jeszcze lepsze połączenie ❤
Zatem w drogę. Sprawdzając wcześniej prognozy pogody, zapakowałam rzeczy na każdą ewentualność i w piątkowe popołudnie ruszyłam na przeciw kolejnej przygodzie prosto do Szklarskiej Poręby. Czyli standardowo: numer, pakiet, makaron u mamy, odpoczynek 🙂

FB_IMG_1535214473899
fot. Artur K.

W Jakuszycach razem z mamą zjawiłyśmy się wczesnym sobotnim porankiem. Było rześko, na trawie rosa, jednak bez deszczu, a słońce ciągle próbowało przebić się zza chmur. Chyba lepsza taka pogoda, niż żar lejący się z nieba, do czego mogliśmy się przyzwyczaić wcześniej. Trochę się pokręciłyśmy i zaraz spotykam to jednych znajomych, to drugich. Więc znowu żadnego przedstartowego stresu, tylko rozmowy, uśmiechy i selfie 🙂

Potem wszyscy odprowadziliśmy się na start i ruszyliśmy równo o 9. Ponieważ na samej Polanie Jakuszyckiej prowadzone były prace remontowe, dlatego wystartowaliśmy jakby zza kulis. Jednak wystarczyło, że pokonaliśmy niedużą górkę i od razu trafiliśmy do cudownego lasu. I wiadomo, że każdego z 48 kolejnych kilometrów w szczegółach nie opiszę, bo oprócz biegania z aparatem musiałabym też biec z dyktafonem 🙂 jednak postaram się Wam trochę przybliżyć uroki trasy. Jesteście ciekawi jak było?
Początek wiadomo w bardziej zbitej grupie, na spokojnie, zresztą przed nami kilka godzin biegania więc nie ma się gdzie się spieszyć, przynajmniej ja wychodziłam z takiego założenia. Pierwsze kilometry pokonałam w towarzystwie Krzysztofa i Ryśka (znajomych z Wrocławia). I tak mniej lub bardziej asfaltową drogą dotarliśmy do pierwszego punktu z wodą – Dział Izerski. Jednak ja wodę mam w bidonie, to nie tracę rytmu i biegnę dalej, tym bardziej że teren zaczął się trochę wznosić, a pod nogami już mniej stabilne, grząskie podłoże. Zaczynamy zabawę. Na jednym z podbiegów chłopaki pobiegli przodem, a ja na spokojnie swoim tempem. Cały czas pachnącym lasem, było coraz cieplej, a co najważniejsze nie padało.

Przed kolejnym punktem Orle, znowu był ten sam trudny zbieg po korzeniach. Ścieżka wąska, jednak nie było już większego tłoku. Ale takie mokre i rozdeptane przez szybszych biegaczy korzenie mogły być zdradzieckie, więc na spokojnie w dół. Punkt (ok. 10 km) też zaliczam raczej szybko, trochę wody, arbuz i lecę dalej. Czasem odpoczywam zatrzymując się na chwile w zachwycie nad okolicą. Ciągle jeszcze biegacze przede mną i za mną, więc wymieniamy uśmiechy i dalej przed siebie. Nagle wyskakujemy zza zakrętu, a tu Samolot (kto był w Izerach ten wie, co to za podbieg). Rozglądamy się w bok, ale jak to Samolot tylko od połowy? No nic, cykamy fotkę i zmierzamy na górę.

Na szczycie był kolejny punkt (14 km), tym razem coś słodkiego – kubek Coli, jakiś owoc, zaraz zbieg. Trasa prowadzi spowrotem na Polane Jakuszycką, a tam już z daleka coraz głośniej od tłumnie dopingujących kibiców. Mama też kibicuje, więc z nową energią pokonuję zakręt przez jakiś chybotliwy mostek i znowu pod górę. To nieco ponad 15 kilometrów w nogach, a gdzie jeszcze do mety…
W głowie dziele trasę na odcinki, od punktu do punktu. „Podbiegi spokojnie, na płaskim truchtaj, na zbiegach leć!” Kolejny punkt na Górnym Dukcie. Gdzieś tam chyba też wyminął mnie zwycięzca półmaratonu, który startował godzinę po nas. Potem on na prawo, a ja na lewo (czy jakoś tak) i zaczyna się monotonny asfaltowy podbieg do Kopalni Stanisław. Tą drogę znam już doskonale z poprzednich 3 edycji Wielkiej Pętli Izerskiej i za każdym razem jest tak samo pod górę. Ale na szczycie czekają wolontariusze z wodą, to uzupełnię pusty bidon i przed siebie.

Za Kopalnią po asfalcie już nie ma śladu, za to znowu pojawiają się mokre korzenie, tym razem na podbiegu. Ale wbiegam na szczyt i jakby wiem gdzie jestem. To właśnie ta długa prosta pokonywana przez nas z Dawidem na Przejściu dookoła Kotliny, drugiej nocy w deszczu, tylko ze ja biegnę w odwrotnym kierunku. Trochę się ciągnie, jednak kolejne kilometry mijają dość szybko. Tym bardziej, że dodatkową atrakcją jest lekko kropiący deszcz i właśnie ta górka, która organizatorom chyba też przypadła do gustu 🙂

Tak docieram do Schroniska Wysoki Kamień, to najwyższy punkt na trasie. Teraz będzie mocno w dół, mocno technicznie, stromo i po kamieniach. Tutaj czasem miałam wątpliwości co do drogi, którą biegnę. Bo za mną żadnego biegacza, przede mną też nikogo nie widać. Więc wiele razy zastanawiałam się czy na pewno nie przeoczyłam gdzieś skrętu… ale trasa ciągle jakby znajoma, to zbiegam, czasem mijając jakiś kibicujących turytów – dzięki! Dobiegłam do kolejnego punktu przy Zakręcie Śmierci i pisząc relację ciągle czuję ten sam ból w udach i chyba nie tylko ja 🙂

sdr

No nic, coś zjemy, wypijemy i biegniemy. Kawałek dalej widać tabliczkę z oznaczeniem 30-go kilometra, to melduję się wiadomością gdzie jestem. I ciągle wydaje się jakby płasko, a wciąż lekko pod górę. W którymś momencie znowu trafiam na fragment trasy Wielkiej Pętli Izerskiej. Jednak gdy widzę, że trasa skręca w prawo, a przede mną wyrasta ten podbieg, co na Pętli jest ostrym zbiegiem, wcale nie cieszę się z tego co mnie czeka. Zaczynam żmudną wspinaczkę po kamieniach. Gdzieś w drodze na szczyt klika kilometr numer 33 😉

A na szycie kolejny punkt – Szklarska Droga. Nogi już zmęczone, więc chwila oddechu, odpoczynku i lecę. Jak było pod górę, to może będzie trochę w dół. I jest, więc byle do kolejnego punktu. Cały czas mijam się też z tymi samymi biegaczami, czasem oni mijają mnie, potem ja trochę podganiam i mijam ich. Dobiegamy do ostatniego punktu przy Starej Kopalni (41 km), a tam taka miła atmosfera, że wybiegać się nie chce. Więc jeszcze trochę stoimy, żartujemy, ale dziękuję za gościnności i z napełnionym bidonem ruszam na ostatni fragment trasy.

dav

Jeszcze trochę pod górę przed grząskie, podmokłe trawy i maraton wpada w około 5 godzin 15 minut. W porównaniu do zeszłym roku lekko nie jest. Zanim docieram na szczyt ostatniego podbiegu, znowu zaczyna padać i pada coraz mocniej. Ale mi został ostatni zbieg do mety, więc jest już wszystko jedno, czy wbiegnę mokra. A zbieganie po asfalcie już też nie ułatwia zadania, gdy mięśnie nóg nieźle oberwały na trasie.

Ale meta już za zakrętem i jeszcze słyszę jak mama i inni krzyczą moje imię. Udało się. Zmęczona, ale z uśmiechem zawieszam medal na szyi. Na zegarze 5:55:18! Pewnie mogło być szybciej, gdyby nie kilkadziesiąt zdjęć w telefonie 😉

I wiecie co, to była świetnie spędzona sobotą. Z Wami wszystkimi na trasie, mecie i po drugiej stronie telefonu… Ale nie było by to możliwe bez całego sztabu osób pracujących specjalnie dla nas, nad organizacją takiego biegowego wydarzenia. Bo przecież zadbali o wszystko, zabezpieczenie i oznaczenie trasy, na punktach też „na bogato” i niczego nie zabrakło. Więc jeśli ktoś chce zaplanować swój ultra-debiut lub kolejną ultra-przygodę, to z czystym sercem mogę polecić Letni Bieg Piastów w sercu Gór Izerskich ❤

Stowarzyszenie Bieg Piastów – DZIĘKUJEMY!! A przy najbliższej okazji obiecuję również spróbować na biegówkach 🙂

Reklamy