Sama nie wiem jak to się stało, że jeszcze kilka lat temu biegałam spokojne, sobotnie piątki w ramach parkrun, a nagle obudziłam się środku nocy, w ciemnym lesie, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu oznaczenia szlaku, widoczność na wyciągnięcie ręki, w mokrych butach i cuchach, bo ciągle mży deszczem… To jakieś szaleństwo!! Ale nigdy też nie twierdziłam, że jestem w pełni normalna. A Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej jest jedną z większych przygód, jakie mogę zapisać w swoim życiorysie ❤

Zaczęło się 3 lata temu, kiedy na pomysł Kotliny wpadłam po raz pierwszy. Po zeszłorocznym okrążeniu Kotliny, zmęczenie szybko minęło i w tym roku zapragnęłam sprawdzić się ponownie. Bo sama Kotlina jest rywalizacja wyłącznie z samym sobą i walką z własnymi słabościami. To ekstremalny rajd turystyczny organizowany już po raz piętnasty, jako memoriał upamiętniający ratowników GOPR, którzy jako pierwsi podjęli próbę przejścia dookoła Kotliny. Daniel i Mateusz zginęli w lawinie podczas służby w Karkonoszach.

Samo wydarzenie rozpoczyna się w piątek około godziny 12, od minuty ciszy ku pamięci inicjatorów i pomysłodawców. I choć początkowo Przejście było dostępne dla wąskiej grupy ratowników, to obecnie z roku na rok zyskuje na popularności i przyciąga ludzi z każdego zakątka Polski i świata.

Jeszcze przed startem udało mi się spotkać kilkoro znajomych, tych których się spodziewałam i tych których obecność miło mnie zaskoczyła. Więc jeszcze chwile porozmawialiśmy, wymieniliśmy uwagi, plany i ruszyliśmy przed siebie. Przed nami 137 kilometrów poprzez 4 pasma górskie otaczające Kotlinę Jeleniogórską i limit czasu 48 godzin aby dotrzeć spowrotem do Szklarskiej Poręby.

Na pierwszy ogień Karkonosze, mniej lub bardziej zbitą grupą długim podejściem docieramy na Halę Szrenicką. Nie ma słońca, ale nie ma też deszczu. Później Śnieżne Kotły skąpane w gęstej mgle, która utrudniała podziwianie widoków. W tej ogólnej wilgoci dalszy „kamienny chodnik” pokonałam skupiając myśli na każdym kolejnym kroku. Tym bardziej, że niektóre kamienie ruszały się pod stopami. Tak dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnegoPrzełęcz Karkonoska przed 15:30 (6 km). Od samego początku idę razem z Dawidem, poznaliśmy się na Przejściu w zeszłym roku i już od pewnego czasu planowaliśmy wspólną kolejną wędrówkę.

Tutaj niektórzy skręcili aby odwiedzić schronisko Odrodzenie, my jednak chcieliśmy jak najszybciej zaliczyć Karkonosze, więc dalej ruszyliśmy szlakiem przed siebie. Po drodze zrobiłam kilka mglistych zdjęć i musiałam też schować się w przeciwdeszczową kurtkę. Deszcz podobnie jak w zeszłym roku złapał mnie na grzbiecie Karkonoszy. Jak większość innych Przejściowiczów krótki przystanek zrobiliśmy w Domu Śląskiem pod Śnieżką, aby nabrać nieco sił przed zdobyciem szczytu Królowej Śnieżki. Wyżej już nie będziemy, więc teraz zaczyna się wędrówka w dół. A ta nie jest łatwa, bo deszcz pada coraz bardziej, a mokre podłoże z łupków ułożonych w wysokie stopnie nie ułatwia schodzenia. Do drugiego punktu kontrolnego na Przełęczy Okraj (34 km) docieram przed godzina 20. Chwila odpoczynku i meldunek SMSem gdzie jestem 🙂

Teraz czołówka na głowę, to już końcówka Karkonoszy, zaraz wejdziemy w ciemny las w Rudawach Janowickich. Jednak w gęstej mgle i mżącym deszczu światło czołówki jeszcze bardziej skracało widoczność. I mimo tego, że trasa ciągle prowadziła oznaczonym szlakiem, to tym bardziej trzeba było rozglądać się na boki, aby nie przegapić gdzieś oznaczenia na kolejnym drzewie. Czasami przed nami i z nami widać światła innych wędrujących, co utwierdza w poprawności pokonywanej trasy. Wspólnymi siłami i w rytm uderzeń kijów o skały i kamienie docieramy na szczyt Skalnika, potem w dół i znowu pod górę do trzeciego punktu kontrolnego w okolicach Wołka (49 km). Docieramy tutaj kilka minut po 23.

Wołek to najwyższy szczyt Rudaw, teraz już tylko w dół do Janowic. Mimo wypitego wczesnej energetyka na rozjaśnienie umysłu, straciliśmy szlak i wylądowaliśmy na jakiejś łące, mokrej od deszczu. Buty przemoczyły się do cna. Kilkaset metrów powrotu i znaleźliśmy właściwą ścieżkę. Kolejne wątpliwości rozwialiśmy spoglądając na mapę. Niedaleko Polany Mniszkowskiej przyłączył się do nas jeden z uczestników. Trochę nieskromnie powiedziałam, że już wiem gdzie jesteśmy, bo czasem tutaj biegam. Na co usłyszałam: „czy Pani Katarzyna z wyzwanie33?” Jakże mi się zrobiło miło, że moje blogi czytają nie tylko moi znajomi, ale że trafiają też do innych. Jakby Kolega z Rudaw trafił na post, to może się skomentuje na dole jak wrażenia z tegorocznej Kotliny 🙂

Przechodząc w okolicach Zamku Bolczów w mokrych ciuchach i butach, na siłach trzymała mnie myśl, że jeszcze kawałek do punktu żywieniowego. W Janowicach Wielkich (mojej rodzinnej miejscowości) zameldowaliśmy się po pierwszej w nocy. To dużo wcześniej niż w poprzednim roku. Zjedliśmy, popiliśmy, a odparzone w mokrych butach nogi posmarowaliśmy sudocremem. Napisałam jeszcze SMS-a do rodziców, że idziemy dalej. Jak większość Przejściowiczów, w pobliskim sklepie uzupełniłam też zapas słodkiego izotoniku do picia, nie da się iść na samej wodzie i czasem trzeba przełamać jej smak czymś innym 🙂

Wędrując tak ciągle ciemną nocą około 3 zaliczamy czwarty punkt kontrolny za Różanką (59 km). Teraz będzie trochę nudno i żmudnie, bo cały czas asfaltem. Ale Rudawy zostawiamy za plecami i powoli wchodzimy w kolejne górskie pasmo Gór Kaczawskich. W zeszłym roku gdzieś tutaj już świtało, teraz ciągle szliśmy w ciemności i ciągłej wilgoci. Za Szałasem Muflon znowu przeprawa przez mokre łąki, więc nawet jeśli buty zdołały trochę odetchnąć na wcześniejszym asfalcie, tutaj znowu zamokły. Ale zaraz za zakrętem już piaty punkt kontrolny na Przełęczy Komarnickiej (66 km). I o godzinie 5 nad ranem jest ciągle ciemno. Kilka minut na złapanie oddechu i w oczekiwaniu na wchód słońca powoli ruszamy przed siebie.

W głowie strategia: „wytrwać od punktu do punktu”. Wraz z nastaniem nowego dnia, deszcz w końcu ustępuje i pojawia się nieśmiałe słońce. Kolejny przystanek to półmetek, gdzie startuję Połowa Przejścia na Przełęczy Widok. Za nami 19 godzin wędrówki. Zanim wyruszamy dalej, znowu smaruję nogi kremem. Zmiana skarpetek też daje tylko połowiczną ulgę, bo przecież buty ciągle mokre… no nic, może wyschną trochę w ciągu dnia. W drodze na Okole znowu złapał nas lekki deszcz, taka szybka akcja i na szczęście opad nie był tak samo intensywny jak ten w nocy.

DSC_0245_copy
fot. Daniel Koszela – http://danielkoszela.eu/

Szósty punkt kontrolny pod Okolem (75 km) zaliczamy kilkanaście minut po godzinie 8 rano. Trochę siedzimy przy ognisku, aby odparować w cieple. Po drodze przechodzimy przez punkt widokowy, tam jednak widok mało atrakcyjny ze względu na gęstą mgłę. Każdy kolejny krok wzmaga odczucie bólu, jakby się szlo po rozżarzonych węglach czy potłuczonych butelkach (przynajmniej takie mam wyobrażenie). Przystanek w środku lasu i kolejne smarowanie nóg kremem, daję pewną ulgę na pewien czas i można iść dalej. Jednak w głowie coraz głośniej odzywa się myśl o rezygnacji…

W dalszej drodze pojawiają się jeszcze dodatkowe atrakcje w postaci elektrycznych pastuchów na polu. Jednak dzięki uprzejmości kolegów z trasy, którzy obniżali druty, udało mi się je pokonać przez problemu. Nie wiem czy miałabym jeszcze siły, aby wysoko ponieść nogi, pozostało by jeszcze czołganie się pod spodem 🙂

Docieramy na Górę Szybowcową około 11:40, to siódmy punkt kontrolny (87 km). Chwile wcześniej powiedziałam Dawidowi, że chyba już nie dam rady iść dalej, czuję się totalnie wykończona, a o bólu stóp, który czuję przy każdym kroku nawet nie chce myśleć. Na górze spotykam Jaśka, który już wyrusza dalej i Wojtka, który też już się zbiera. Bardzo podniosła mnie na duchu myśl, że nie tylko ja tak zmasakrowałam stopy. Więc daje sobie jeszcze chwile na ostateczną decyzje o rezygnacji. I tak samo jak w zeszłym roku, zawinięta w folie NRC decyduje się na drzemkę, nawet godzinną. Mokre buty wystawiam na słońce. I co? I nowa energia, nowa motywacja w głowie. Buty też wydają się całkiem ok, więc tylko wymieniam wkładki na nowe, już nie powinno padać. Piszę SMSa, że będę walczyć dalej i po godzinie 13 wyruszamy w dół w stronę Jeżowa Sudeckiego. Tam zaliczamy jeszcze sklep, a w ciepłym słońcu idzie się o niebo lepiej niż chłodnym, wilgotnym porankiem.

DSC_2988
fot. Organizator – https://przejsciekotliny.org/new/

W lesie za Jeżowem mijają nas chyba pierwsi uczestnicy Połowy Przejścia. Spokojnie truchtają przed siebie. My z Dawidem powoli zmierzamy do kolejnego punktu, tym bardziej że tutaj droga już nie prowadzi oznaczonym szlakiem, więc pełna koncentracja. I chociaż czasem wszystkie drogi w lesie wyglądają tak samo, to jednak w głowie da się przywołać obrazy z zeszłego roku i potwierdzić, że idziemy właściwie. Kolejne punkty kontrolne będą pojawiać się częściej. I już z pewnej odległości schodząc w dół widać Perłę Zachoduósmy punkt kontrolny (94 km). Wpadliśmy jak na obiad, a na obiad zawsze najlepsze frytki. Tam też zwykle większa ilość turystów, który życzyli nam powodzenia w dalszej drodze. Przed nami Pogórze i Góry Izerskie.

Za Perłą minęła nas większa grupa uczestników z Połowy Przejścia, byli czyści, susi, uśmiechnięci i żwawym krokiem pokonywali podejście przez las. W okolicach Góry Godzisz, a potem przez łąkę w stronę Goduszyna, było sucho i kurzyło się, że hej! Jakby od miesięcy nie padał deszcz 🙂

W Goduszynie przypada dziewiąty punkt kontrolny (100 km) i okrągła setka w nogach około godziny 17. Dostajemy pyszną kawę, siadamy na trawie i chwila żeby doprowadzić nogi do dalszego użytkowania. Tym razem już oprócz zmiany skarpetek, stopy również owijam bandażami (to pewnie stąd jest ich tyle w wymaganym wyposażeniu apteczki). Przed nami jeden z trudniejszych nawigacyjnie fragmentów trasy, przez Komorzycę i wielka ulga, że uda się pokonać go jeszcze za dnia. Na gałęziach pojawia się jeszcze dodatkowe ułatwienie w postaci taśm. Dziękuję! I tak jak po nitce do kłębka kolejny dziesiąty punkt kontrolny w Wojcieszycach (104 km). Droga zajęła nam około 1,5 godziny, ale póki jest jasno więc krok za krokiem jakoś się idzie.

Znowu wędrujemy wzdłuż oznaczonego szlaku, zawsze to dużo łatwiej w nawigacji. Tym bardziej, że już coraz ciemniej, a my zmierzamy coraz głębiej w ciemny las. I znowu bardziej pod gorę do Boborowych Skał i ruin schroniska. Na zejściu mijają nas kolejne większe grupy Połowy Przejścia. Idą dużo szybciej niż my, dlatego schodzimy na bok i przepuszczamy ich przodem. Zawsze to również chwila odpoczynku.

Przed 21 dochodzimy do jedenastego punktu kontrolnego (111 km) w Górzyńcu. Na punkcie jest przemiło, częstują drożdżówkami, polewają wodę, można posiedzieć przy ognisku, więc korzystamy ze wszystkiego. Dodatkowo ponownie smaruję nogi kremem, aby przygotować je na najdłuższe podejście na całej trasie. Udało nam się podłączyć pod trzyosobową grupę, która trzymała niezłe tempo i tak wspólnymi siłami pokonaliśmy żmudne podejście pod Zakręt Śmierci, a następnie pod Wysoki Kamień. Dzięki za towarzystwo, w grupie było jakoś łatwiej ❤

Jeszcze przed schroniskiem umiejscowiony był dwunasty punkt kontrolny (119 km). Gdzie w ciemnościach i zimnym namiocie, wolontariuszki czekały aby zapisać numery kolejnych uczestników. To było też nie lada poświęcenie. Ta druga noc, zwłaszcza w Izerach, była bardzo, bardzo zimna… Rozgrzałam się trochę ciepłą herbatą w schronisku, nogi trochę odetchnęły jak na chwilę ściągnęłam buty i zaraz ruszyliśmy w stronę Kopalni Stanisław. Och jak często bywam w tej okolicy w ostatnim czasie, bo przecież i na Pętlach Izerskich i na Jakuszyckich Ultra. Więc jak już coś znajomego, to jakby lżej w głowie.

sdr
To jeszcze w drodze do Górzyńca. Wiecie, już nie miałam sił wyciągać telefonu do zdjęć, tym bardziej, że było ciemno 🙂

Od Kopalni już w dół w stronę Jakuszyc. I już wcześniej zauważyliśmy, że dużo łatwiej nam się podchodzi niż schodzi, więc droga cały czas prowadząca w dół, po asfalcie była długa i ciężka. Do tego zielony szlak prowadzący Górnym Duktem, ciągnął się i ciągnął. Na zmęczonych nogach, każdy krok pokonywany przy wsparciu o kijki, do tego w zimnie i coraz bardziej ogarniającą sennością. Przed godziną 3 docieram do trzynastego punktu kontrolnego w Jakuszycach (128 km). A tam niestety tylko zimna woda… Więc tylko chwila odpoczynku, bo już bardzo chce się znaleźć w domu, a jeszcze taki kawał drogi na metę przez Kamieńczyk.

Do Szklarskiej Poręby docieram wykończona około 5 nad ranem. Minęło 41 godzin od startu. 41 godzin na nogach z kilkoma przystankami po drodze. 41 godzin z jedną godziną na szybką drzemkę… Rodzice zabierają mnie do domu, ściągam buty, skarpetki, bandaże i zasypiam na siedząco mocząc nogi w wodzie 🙂

To był bardzo fajny weekend, dzięki wszystkim osobom, które spotkałam na trasie i dzięki tym, którzy wspierali mnie zdalnie. Dzięki Wam udawało mi się zapominać o ogromnym zmęczeniu i towarzyszącym bólu. Dziękuję ❤

FB_IMG_1537191866241
fot. Daniel Koszela – http://danielkoszela.eu/

To była moja druga Kotlina i wiem, że do trzech razy sztuka, ale na razie nie planuję kolejnej wędrówki. Nie chce, aby kolejny rok był podporządkowany pod jedno wydarzenie. Poza tym prawdziwą magię Kotliny poczułam za pierwszym razem, teraz była niewyobrażalna walka ze wszystkim. Może warto na trochę odpuścić, odpocząć, znaleźć coś innego, nudno na pewno nie będzie 🙂

W Moją Kotlinę na pewno jeszcze wrócę, może tym razem na biegowo ❤

Pobiegniecie razem ze mną?

Reklamy