Jak mówi stara prawda biegowa: „Bieganie maratonów po asfalcie jest ciężkie, bo trzeba biec. Biec cały czas…” Ale mimo wszystko, jeśli pasuje termin i lokalizacja, to skusisz się nawet na płaską szosówkę 🙂

Już kiedyś biegłam maraton w Poznaniu w 2016 roku, jako jeden z tych zaliczanych do Korony Maratonów Polskich. Wtedy jeszcze nie było bloga, wiec nie było dłuższej relacji, to może nadrobię teraz. Poza tym pamiętałam jak świetnie biegnie się wśród poznańskich kibiców, dlatego nie trzeba mnie było długo namawiać. Choć obaw było wiele, bo to przecież zaledwie miesiąc po wędrówce dookoła Kotliny. Ale wcale nie jadę walczyć o kolejną życiówkę tylko świetnie spędzić czas i dobrze się bawić. Taki był plan!!

Poznański maratoński weekend zapowiadał się jako jeden z najcieplejszych weekendów tegorocznej jesieni. Wszystko było zaplanowane, towarzystwo umówione, wystarczyło wyruszyć do stolicy Wielkopolski. A każdy z maratońskich weekendów na wyjeździe zwykle opiera się na tym samym schemacie, czyli pakiety, zwiedzanie, jedzenie… I właśnie tek minęły te dni przed niedzielnym startem. Była Palmiarnia, spacer po Starym Mieście i pierogi 🙂

W sobotni wieczór wzniosłyśmy jeszcze razem z Katarzyną toast „za życiówkę!”, a potem odpoczynek i ostatnie przygotowania. Bo maraton, to zawsze maraton… nigdy nie jesteś w stanie przewidzieć tego co się stanie na każdym z czterdziestu dwóch kilometrów trasy. Zawsze będzie albo za zimno, albo za gorąco, na pewno będzie za dużo podbiegów, a asfalt będzie nierówny. Ale z drugiej strony, to właśnie ten maraton na który czekasz i nawet kiedy wiesz, że może być ciężko to na start i tak idziesz z uśmiechem ❤

W pełni pozytywnym nastawieniem zaczęła się maratońska niedziela. W jeszcze dość rześki i chłodny poranek ruszyłyśmy prosto do strefy startowej. Ta tradycyjnie zlokalizowana była w okolicach Targów Poznańskich w samym centrum miasta. Świeciło piękne słońce, zrobiłyśmy jeszcze kilka zdjęć i punktualnie o 9 razem z innymi maratończykami ruszyliśmy przed siebie, aby Poznań obiec dookoła.

Właśnie te miejskie maratony robią największe wrażenie. Tysiące biegaczy przed tobą, za tobą, z boku setki kibiców. Coś całkowicie innego od samotnego przemierzania trasy gdzieś na górskim szlaku i obaw, że zgubisz się gdzieś po drodze. I tak biegłyśmy przed siebie, na spokojnie, wymieniając pozdrowienia z innymi. Wcale nie zakładałyśmy żadnego czasu, celem było dobiec do mety 🙂

Sam początek biegło mi się całkiem fajnie, siły jeszcze były, słońce jeszcze tak nie grzało, doping kibiców dawał dodatkowego kopa, a ich pomysłowość w tworzeniu tekstów na transparentach wywoływała ogromny uśmiech. Wiadomo, że gdy maraton zacznie się za szybko, to cierpi się w drugiej połowie dystansu. Dlatego za rozsądnym podejściem Katarzyny, która biega maraton niemal co tydzień (podziwiam!!) starałam się biec 2 kroki za nią, aby trochę ukręcić moje tempo. Biegłyśmy, a kolejne kilometry mijały same. Rozmawiając, wspominając, snując plany na kolejne starty.

Samą trasę nie za bardzo jest co opisywać, typowa miejska dżungla, sami wiecie. Asfalt, wysokie budynki, mosty. Ale były tez fajne fragmenty. Czerwono-żółte jesiennie liście w parku, głośne punkty kibiców z muzyką na żywo, pomocni i uśmiechnięci wolontariusze na punktach, na których niczego nie brakowało. Przebiegnięcie okolic Malty, które już zawsze będą mi się kojarzyć z Wings for Life – biegiem, który we mnie zawsze wywołuje dużą porcje emocji… Ciągle się jeszcze zastanawiam czy zapisać się na 6 edycje, ciekawe czy jeszcze są miejsca?

I choć w drugiej połowie trasy pojawiło się dużo więcej kryzysów, to wcale nie straciłyśmy dobrego humoru. Po prostu biegłyśmy wolniej, jednak ciągle przed siebie i z uśmiechem. Gdy na 30-tym kilometrze zegar pomiarowy wskazywał symboliczny układ cyfr, Katarzyna powiedziała, że czekamy do 33 i dokładnie w tej sekundzie przeskoczyłyśmy przez matę pomiarową 3:33:33 🙂 Potem jeszcze wiadomo, że zdjęcie ze znacznikiem 33 kilometra, do którego odliczałam już od pewnego czasu. Moja nowa biegowa koszulka #happyrunners prezentuje się fantastycznie ❤

Już dawno przestałyśmy gonić za grupą 4:30, wyprzedziła nas grupa 4:45 i z uśmiechem dałyśmy się wyprzedzić grupie 5:00. Wcale nas to nie martwiło, ciągle przecież byłyśmy w limicie.

Drugą biegową prawdą jest to, że maraton zaczyna się po 30 kilometrach. I mówię Wam, że było już naprawdę ciężko. Słońce grzało już coraz bardziej, doliczając silny wiatr pojawiający się na długich szerokich prostych, do tego zmęczenie, nic nie ułatwiało zadnia. Najbardziej jednak marudziłam na stopy, który po wrześniowej wędrówce chyba nie do końca doszły do siebie. Ale to już przecież odliczanie ostatnich kilometrów, to nie ma co odpuszczać, tylko trzeba truchtać w tempie marszu 🙂

Gdzieś na trasie z Koziołkami 🙂

Jedną z motywacji, która ciągnęła do mety, to czekający na końcu medal. Bo przecież jutro „medalowy poniedziałek” – musi być medal! Zostaje jeszcze ostatnia prosta, a im bliżej mety, tym więcej sił w nogach. I ten błękitny dywan na samej mecie, bosko!!

Jestem!! Jesteśmy!! Od startu minęło wspaniałe 5 godzin 10 minut i 39 sekund! Ale kto by to liczył 🙂

Kibice też na medal, organizacja pierwsza klasa, biegowe towarzystwo najlepsze – dziękuję za kolejny niezapomniany maraton 🙂

104965-MPO18-4152-42-000101-mpo18_01_rzs_20181014_142244
Fot.: fotomaraton.pl

ps. wszystkie toasty w czasie weekendu były „za życiówkę!” – nasze tym razem nie padły, ale domyślam się, że Wam udało się pobić niejedną 🙂

Reklamy