Zaczęło się od: „czy pobiegniesz ze mną maraton 2-go grudnia?”  I już miałam zarezerwowane loty do Londynu zanim zapytałam: a co to za maraton, gdzie i na ile kilometrów? Bo wbrew pozorom pytanie o długość trasy w przypadku trailowych maratonów w Anglii jest jak najbardziej na miejscu. Nie dość, że dystans podawany jest w milach (a jeszcze nie przeliczam tego w pamięci), to sama trasa często jest dłuższa niż królewskie 42 kilometry i 195 metrów 🙂

Dostałam linki ze szczegółami o biegu w ramach Sussex Trail Events. Zobaczyłam, że trasa wiedzie z punktu do punktu gdzieś niedaleko Brighton, w ten sposób mogłam sobie jakoś umiejscowić kolejny maraton na końcu świata. To lecę po kolejną przygodę!!

Już sama droga na miejsce okazała się nie lada maratonem. Najpierw samolot, potem 3 autobusy, bo jeden się zepsuł. Przesiadka na Heathrow. Na koniec jeszcze pociągi. Miałam jedynie nadzieje, że uda mi się dotrzeć przed niedzielnym startem.

I udało się, naszą czteroosobową drużyną wspólnie dotarliśmy na miejsce. Sprawna rejestracja w przystani w miejscowości Shoreham, potem odprawa przed biegiem i ruszamy na start. A tam wielkim zbiegiem okoliczności dołącza do nas kolejna Kasia z Gdańska, bardzo miło było poznać i razem biec. Sam bieg dość kameralny, jakieś 150 nazwisk na liście, taki większy parkrun i nieco dłuższy… Do tego prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Kilka dni wcześniej bez przerwy padało, miało być chłodno, a błoto na trasie na pewno nas nie ominie. Ale co tam, takie wyzwania są najlepsze 🙂

To jeszcze jakieś przedstartowe wspólne zdjęcie i ruszamy przed siebie. Początek bardziej zwartą grupą wzdłuż rzeki. Jest wilgotno i pochmurno, ale nas nie opuszcza dobry humor. Biegniemy, rozmawiamy o przebiegniętych maratonach, żartujemy. Przed nami 27 mil, zobaczymy czym i jak bardzo zaskoczy nas trasa. Jeszcze nie pada i jest całkiem ciepło, w kurtce za ciepło, więc ściągam i chowam w plecaku. A najlepsza zabawa zaczyna się za chwilę. Coraz bardziej pod górę, a na otwartych przestrzeniach coraz bardziej czuć przeszywający wiatr i zimny deszcz prosto w twarz. No dobra, może w tej kurtce jednak będzie bardziej przyjemnie.

Z atrakcji na trasie mijamy fermę świń, przebiegamy przez pastwiska z krowami, te są tak uparte, że wcale nie schodzą nam drogi, a błoto po kostki. Strach biec żeby nie pogubić butów. Widoki raczej marne, bo przed nami cały czas gęsta, mleczna mgła, więc ciągle biegniemy w nieznane. Pierwsza górka za nami, będzie trochę w dół, ale wcale nie jest łatwiej, bo przez las, a mokre rozdeptane z błotem liście, które nie dodają przyczepności. Moje pierwsze zachwianie równowagi, ale ciągle stoję na nogach 🙂

Trochę oddechu łapiemy na stacjach odżywczych, gdzie słodkie i słone przekąski, przepyszna cola i uśmiechnięci wolontariusze. Można by odpoczywać jeszcze przez długi czas, ale ciągle kawał drogi do mety. To teraz druga górka. Piszę „górka” ale to było dobre kilka kilometrów wzniesienia, dodając do tego błoto, to naprawdę nie było lekko. Ale jak pod górkę, to znowu będzie z górki. Tam straciłam równowagę po raz drugi. Przed oczami miałam wizję jak staczam się dół, niczym w pogodni za serem w filmiku, który oglądaliśmy dzień wcześniej. Ooo poniżej macie małą próbkę 🙂

Druga górka za nami. Z profilu trasy wynikało, że już więcej nie będzie. Teraz ma być płasko, łatwo i przyjemnie. Z tym łatwo i przyjemnie, to się jeszcze okaże. Na ostatniej stacji odżywczej wolontariusze pocieszali nas, że już niedaleko i będzie meta. To biegniemy. Ostatni fragment prowadził wałem wzdłuż rzeki. Tam też gdzieś na śliskim błocie tracę równowagę po raz trzeci i tym razem leże. Getry brudne, ręka na której się podparłam też, ale ogarniam się jakoś i dalej przed siebie. Dla urozmaicenia trasy czasem trafi się jeszcze jakiś płot do przeskoczenia. Właśnie takie są te maratony w Anglii 🙂

Przebiegamy też przez jakieś nieduże miasteczko Arundel. Dodatkowego uroku dodają świąteczne dekoracje. Trasa nie jest specjalnie zamknięta, czasem tylko widać biało-czerwone taśmy wskazujące, że zmierzamy w dobrym kierunku. Z miasteczka znowu dobiegamy do rzeki. Ścieżka przy rzece wije się i meandruje. Monotonia na pewno nie ułatwia. W oddali na horyzoncie widać czerwony punkt, to plecak jednego z biegaczy przed nami, więc w duszy tylko mówię do siebie: jak daleko jeszcze? Od startu minęło już kilka ładnych godzin, ciuchy i buty już mokre, zmęczenie coraz większe. Ale dodatkowa motywacja pojawiała się z każdym miłym słowem usłyszanym od spacerowiczów spotkanych po drodze. Byle tylko zdążyć przed zmrokiem. I jakie to szczęście, że mam obok siebie biegowe wsparcie, bo z tego zmęczenia pewnie nie raz pomyliłabym trasę, a tak co trzy pary oczu to nie jedna 🙂

Jeszcze ostatnia prosta przez jakieś krzaki, a zaraz za bramą META!! Z jednej przystani do drugiej zlokalizowanej w Littlehampton. Zasłużony medal na szyję i piwo w rękę. Od startu trochę czasu zeszło, jakieś 6 godzin i 10 minut. Ale cóż to był za maraton na 44 kilometry błota ❤

sdr

Niezapomniane wspomnienia pakuję do plecaka i dziękuję za towarzystwo na trasie. To była wspaniała niedziela. A jeśli ktoś narzeka na nudę, to musi spróbować takiej przygody. Może spotkamy się jeszcze kiedyś na trasie 🙂

Do zobaczenia ❤

ps. to podobno nie było najgorsze błoto w jakim miała okazje biegać Katarzyna… no to czekam co zaproponuje następnym razem, bo z przyjemnością pozwiedzam kolejne biegowe zakątki 🙂

Reklamy