Ślęża, to taki nasz wrocławski Olimp, góra bogów. A jako biegacze ze stolicy Dolnego Śląska właśnie tu mamy najbliżej, aby poczuć palący ból w nogach na długich podbiegach, pełną koncentracje na wymagających i kamienistych zbiegach, czy odetchnąć chwile, podziwiając widoki z samego szczytu. Takie nasze góry w pigułce. Z Wrocławia to naprawdę niedaleko, dlatego po raz trzeci zdecydowałam się na zimowe bieganie w tej okolicy. Kiedyś na dobry początek był półmaraton, w zeszłym roku już maraton, to w tym roku też nie chciałam się rozdrabniać na krótszy dystans 🙂

I już na wiele dni przed startem czekałam na prawdziwą zimę, próbowałam zaklinać pogodę aby śniegu na trasie nie brakowało. Nawet w piątek we Wrocławiu zrobiło biało, chociaż już w drodze na start aura przypominała raczej deszczowe przedwiośnie. Wiedziałam jednak, że nawet na tak niewielkiej różnicy wysokości, nasza Ślęża na pewno nie zawiedzie mnie i tym razem. I tylko patrzcie ❤

To jedziemy! Razem z Katarzyną dojechałyśmy do Sobótki i już w drodze do biura zawodów spotkałyśmy kilka znajomych biegowych twarzy z Instagrama. To bardzo miły dodatek w tej całej biegowej przygodzie. Najbardziej jednak zaskoczyło nas spotkanie Marka, który biega w Anglii, ostatnio mieliśmy okazje spotkać się na mecie maratonu w Poznaniu i nawet się nie zdradził z tym, że planuje biec Ślężański. Powiedział, że w ramach treningu chce biec naszym tempem, chyba sam nie wiedział, że decyduję się na kilka godzin spokojnego kręcenia się po lesie 🙂

Start jak zwykle zlokalizowany był niedaleko Domu Turysty pod Wieżycą. Z każdą minutą robiło się coraz bardziej tłoczno. Widać, że mały, lokalny bieg z każdym rokiem coraz bardziej zyskuję na popularności. Pakiety startowe rozeszły się już dawno temu, a chętnych cały czas nie brakowało. I właśnie w związku z tym, dla komfortu pokonywania wąskich fragmentów trasy, starty dystansów maratonu i półmaratonu są rozdzielone w czasie. My, królewscy, startujemy jako pierwsi ❤

Pierwsza część trasy w dużej części prowadzi bardzo dobrze mi znanym czarnym szlakiem i dodatkowym „wbieganiem” na Ślężę. I właśnie ten początek, to głównie żmudne wspinanie się na sam szczyt. Ale jeszcze w bardziej zwartej grupie siła, więc humory nas nie odpuszczają i biegniemy. Początkowe błoto pod nogami zamienia się w coraz bardziej śnieżny dywan, a im wyżej tym bardziej biało. To pewnie to magiczne i zimowe otoczenie w dużej części motywowało aby biec jeszcze wyżej i jeszcze dalej. Było naprawdę pięknie. Co pewnie odzwierciedla się w ilości zrobionych przez nas zdjęć 🙂

Na tych trudniejszych ośnieżonych fragmentach trasy w głowie miałam słowa trenera grupy NOA, z którą miałam okazję biegać ostatnio, czyli „3 punkty podparcia” i jakoś szło do przodu. Do tego bardzo dobrze czuję się w nowych butach, które w miarę dobrze trzymały się na tym śniegu. Jeszcze przed samym szczytem czekał nas ciekawy fragment przez Skalną Perć, bo zejście jest bardzo strome, a oprócz tego było śliskie, ale organizator zapewnił nam dodatkową atrakcję w postaci asekuracyjnych lin. To dopiero bieg po przygodę!

 

Potem jeszcze kamienne schody i już jesteśmy na szczycie, to kilka zdjęć ze ślężańskim niedźwiadkiem i biegniemy w dół, bo na górze było naprawdę zimno. Nogi luźno, żeby na zbiegu trochę odpoczęły po niełatwej wędrówce na górę. Po drodze jeszcze bardzo miły poczęstunek gorącą herbatą. I jeszcze bardziej w dół. Teraz krajobraz zmienia się w odwrotnym kierunku, czyli coraz mniej śniegu, a coraz więcej błota. Znowu jesteśmy na czarnym szlaku i z paśnika na Przełęczy Tąpadła kierujemy się w stronę mety, znaczy półmetku, bo po mecie dystansu półmaratonu na nas czekała jeszcze jedna pętla 🙂 

Robi się coraz ciężej, nogi coraz bardziej zmęczone, a pod nogami błoto, dużo błota. Do tego zaczynają nas wyprzedzać szybsi biegacze z półmaratonu, a przez to błoto często nawet nie ma w którą stronę odskoczyć, aby puścić ich przodem. Jednak tym fragmentem trasy biegnę niemal automatycznie, bo wiem co i ile jeszcze nas czeka. I już się kiedyś zastanawiałam czy to dobrze, czy to źle, biec kolejny raz tą samą trasę, czy lepiej biec w nieznane? Ale w trójkę biegnie nam się bardzo fajnie i przyjemnie. Zawsze ktoś coś zagada, nada tempo z przodu i pociągnie, więc kolejne kilometry mijają niezauważalnie. Im bliżej do półmetka tym bliżej 3 godzin na zegarku, więc w pamięci próbuje przywołać czy były jakieś limity, ale ostatni chyba nie jesteśmy 🙂

Na mecie głośno i dużo kibiców, ale to jeszcze nie nasza meta. Więc chwila odpoczynku na ciastko, czekoladę i herbatę, bo przed nami kolejna góra. Druga pętla jest inna i zaczyna się od podejścia pod Wieżycę, kto zna okolicę ten wie, że to niemal pionowa ściana. Dodajcie do tego jeszcze 24 kilometry, które pokonaliśmy do tej pory, więc na spokojnie małymi krokami coraz dalej i coraz wyżej. Kawałek za Wierzycą kolejny mobilny punkt z gorącą herbatą i mimo tego, że biegniemy raczej w końcówce stawki, to udało nam się na trochę załapać. Słyszymy też, że to co najgorsze już za nami, więc z nową motywacją biegniemy przed siebie.

Śniegu już dużo mniej niż w pierwszej części trasy, jednak samo bieganie w lesie ma w sobie dużo większą przewagę od biegania w mieście. Ponownie trafiliśmy na punkt odżywiania na Przełęczy Tąpadła, a tam ciągle uśmiechnięci wolontariusze proponujący gorącą herbatę i przekąski. Chwilę dalej wypada mój kilometr, więc „klik” i 33,33 w 4:44 🙂

Z zeszłego roku pamiętam, że na tym fragmencie trasy bardzo zmarzłyśmy, jednak w tym roku nie jest aż tak źle. I może właśnie przez to na trasie jest tyle rozbieganego błota, które w zeszłym roku było bardziej zmrożone. W zeszłym roku to nawet woda w bidonach mi zamarzła, a w tym roku już nie! Biegniemy i biegniemy, ponad 5 godzin, buty mam mokre już od jakiegoś czasu, więc żadna różnica czy biegnę po kałużach, zresztą chyba nawet nie mam już sił żeby je omijać. Odliczając ostatnie kilometry, oczekujemy tej niespodzianki zapowiadanej wcześniej, a ponieważ znam te okolice i trasę z zeszłego roku, dlatego wiem, że będzie to ostatnie ostre podejście, a potem mniej lub bardziej z górki do mety 🙂

Na samą metę chcieliśmy wbiec we trójkę razem, ale przed samą metą czekała nas ogromna kałuża, więc każdy bokiem. Zatrzymuję czas na zegarku: 6 godzin 7 minut 22 sekundy. Medale ogromne, za ogrom wysiłku i potu przelanego na trasie, zawieszamy na szyi z pełna satysfakcją ❤

To był wspaniały bieg. Po raz kolejny potwierdza się, że biegi organizowane w Sobótce to klasa sama w sobie. Dlatego z gorącego serca dziękuję wszystkim wolontariuszom, którzy kawałek siebie oddali dla biegaczy i na pewno w tym czasie nieźle wymarzli. A my biegacze na trasie czuliśmy się wyśmienicie. Mimo tego kręcenia się w górę i dół, trasa była oznaczona świetnie, a dodatkowe mobilne punkty z gorącą herbatą i punkty z przekąskami – najlepsze. Chyba już zaczynam odliczać do kolejnej edycji 🙂

fb_img_1547456474754

A Katarzynie i Markowi dziękuję za towarzystwo na trasie, na lepsze trafić nie mogłam. I za zdjęcia z trasy też dziękuję, będzie do czego wspominać. Czy ktoś jeszcze chce pobiegać razem z nami? Zapewniamy godziny uśmiechu i kilometry świetnej zabawy ❤

Do zobaczenia!

Reklamy