dystans: 35 km 

czas: 5 h 8 min 31 sek

data: 27-02-2019

start: Janowice Wielkie 

meta: Jeżów Sudecki

Kotlina wciąga! Mnie wciągnęła już jakiś czas temu. Wtedy moim wyzwaniem było, aby dookoła przejść. Teraz chcę dookoła pobiec!! Wiem, że nie będzie to łatwe zadanie i tak samo jak intensywnie przygotowywałam się do pierwszego Przejścia, tak samo teraz na pewno nie odpuszczę. Właśnie dlatego w ramach treningu postanowiłam jeszcze raz pokonać trasę, dzieląc ją na krótsze odcinki 🙂

Fragment trasy z Janowic planowałam już od jakiegoś czasu – 35 kilometrów na koniec lutego. W pracy zaplanowałam wolne, przygotowałam potrzebne rzeczy, kije i przyjechałam w rodzinne strony. Dzień wcześniej zapakowałam biegowy plecak, patrzyłam na mapę, rodziców przygotowałam, że będę biec długo i daleko… W środę wstałam z samego rana, a szybki poranek minął w maratońskim trybie: kawa, lekkie śniadanie i mały stresik 😉

Wyruszyłam o 8 z Parku Zielona Dolina, jednego z punków na trasie Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej i biegu Ultrakotlina. Temperatura w okolicach zera. Same Janowice przebiegłam lekko i na spokojnie. Wiedziałam, że cała zabawa jeszcze przede mną. Na tym fragmencie trasy towarzyszyła mi gęsta mgła. Jednak gdy coraz bardziej zbliżałam się do pierwszego ostrego podejścia na Różankę (szlak zielony), ta poranna mgła zostawała zalegając w Kotlinie. Dodawała prawdziwego uroku wszystkim widokom, które miałam okazje podziwiać na trasie ❤

W czasie Przejścia na Różankę wspinałam ciemną nocą, dlatego miłą odmianą było zobaczyć jak te ścieżki wyglądają za dnia. Tym bardziej, że wcześniej raczej nie wybierałam się często w te okolice. Podejście jest naprawdę strome, ale mam kije do pomocy, więc jakoś idzie coraz wyżej i do przodu. Wiadomo, ze za szczytem będzie zbieg do Przełęczy Radomierskiej (szlak czarny). Przez cały Radomierz droga prowadzi asfaltem, ciągnie się, a do tego obszczekały mnie wszystkie psy na każdym mijanym podwórku.

Kolejny fragment drogi w stronę Komarna do Szałasu Muflon (szlak niebieski), to nadal asfalt… Jest to żmudny i monotonny odcinek trasy. Niby płasko, jednak ciągle pod górę. Trzeba jakoś przetrwać. Siły dodaje niebieskie niebo, ciepłe „wiosenne” słońce i widok na Karkonosze po drugiej stronie Kotliny. Poza tym jeszcze kawałek i znowu będę w lesie 🙂

Jednak zanim ten las to jeszcze trochę łąk i polan, na których ciągle zalegał jeszcze śnieg zapadający się pod nogami. A tam gdzie już się roztopił zostawił podmokłą trawę, więc staram się biec trochę bokiem, żeby choć trochę ochronić buty przed przemoczeniem. Chwilę później zaliczam najwyższy punkt na mojej trasie, to chyba Baraniec, ten z wieżą transmisyjną na szczycie. A wiadomo, że za każdym szczytem będzie trochę zbiegu, więc znowu lekko truchtam w dół. Po drodze mijam Przełęcz Komarnicką z charakterystycznym „drzewem sandałowym”. Na Przejściu to 66 kilometr trasy, tym razem to zaledwie 14 kilometrów w nogach.

Od Komarna trasa znowu prowadzi lasem, w którym coraz bardziej czuć wiosnę. Miejscami oznaczenia szlaku są dość słabe, ale we wspomnieniach przywołuję swoje wrześniowe wędrówki i słowa innych uczestników Przejścia, że „to chyba tym brzegiem łąki”. Ciągle truchtam przed siebie. Aż do samej Przełęczy Widok, na które prowadzi kolejne ciężkie podejście. W nogach już półmaraton i 3 godziny w trasie, więc chwile odpoczywam i lecę w dół 🙂

I tam amatorsko gubię się zbiegając z Łysej Góry. Znaczy nie gubię się, bo wiem gdzie jestem, tylko gubię oznaczenie niebieskiego szlaku. Może dlatego, że to przecież stok narciarski i nie ma na czym tego szlaku zaznaczyć. W takim razie muszę pamiętać o tym fragmencie w październiku!! Udaje mi się jakoś odnaleźć i dobiegam do Chrośnicy. Tutaj trochę modyfikuję trasę i odpuszczam wspinanie się na Okole. Po pierwsze pamiętam, że prowadziła tam dość podmokła łąka, więc nie chciałam utknąć. A po drugie, to moje urodziny więc to ja ustalam zasady i zamiast maratonu wystarczy mi 35 kilometrów. Uwaga na Przejściu taki skrót nie przejdzie, bo na Okolu czeka kolejny punkt kontrolny, na którym trzeba się odhaczyć 🙂

Lekkim truchtem przebiegam przez niewielką Chrośnice i znowu wracam na trasę po wyznaczonym szlaku, a tam kawałek w las i znowu pod górę. Jednak pogoda taka wyśmienita, że mogłabym cały dzień tak zwiedzać okolicę. Zbliżał się również fragment trasy, co do którego miałam pewne obawy. Tam gdzie w środku lasu szlak niebieski odbija w prawo, a ja dalej muszę się kierować nieoznaczonymi ścieżkami. Jednak chyba coś jest w tej mojej pamięci fotograficznej, bo cały kolejny odcinek aż na samą Górę Szybowcową potruchtałam z pamięci.

Z Szybowcowej popatrzyłam na Kotlinę w dole i Królową Śnieżkę po drugiej stronie. Pamiętam jak w trakcie całego Przejścia w myślach mówię do siebie: „Śnieżka. Byłam tam wczoraj popołudniu.” Ale dziś zostaje mi kilka kilometrów do celu, więc zbiegam w dół, aby potem przebiec jeszcze przez cały Jeżów Sudecki i na Garminie zatrzymać 35 kilometrów na 35 urodziny.

Trasa w większości prowadzi przez Góry Kaczawskie, których trochę się obawiałam. Bo nie znam ich tak dobrze, jak obiegane przeze mnie Rudawy Janowickie. Ale Kaczawy wcale nie są takie dzikie jak mi się wcześniej wydawało, są po prostu mało komercyjne. Ciche, spokojne i chyba z najlepszym widokiem na Karkonosze ❤

Mam nadzieje, że też się do nich przekonacie i przy kolejnej okazji pobiegniemy razem!

Do zobaczenia 🙂

ps. w kolejnym odcinku chciałabym pobiec z Jeżowa do Górzyńca. To dopiero będzie wyzwanie aby samotnie przebiec przez legendarną Komorzycę i nie zgubić się po drodze 🙂


pozostałe wpisy z serii dostępne pod tagiem: Kotlina na raty

Reklamy